O czasach pierwszej i drugiej wojny światowej napisano już wiele i z różnych perspektyw. Można więc zaryzykować stwierdzenie, że nic więcej nie zostało do dodania. A jednak powstają kolejne książki. Drukowane są powieści, dzienniki, wspomnienia. Opowiadają historie ludzi znanych, których nazwiska kojarzy większość Polaków, ale także tych, o których nie usłyszelibyśmy, gdyby pewnego dnia sami nie zapragnęli podzielić się swoimi przeżyciami.

Tak właśnie zrobiła Anna Safran-Bially, która w okresie pierwszej wojny światowej zapisywała kolejne strony, przelewając na papier swoje przemyślenia, doświadczenia, przeżycia. Jako Żydówka, pisała w języku jidysz, po wielu latach przetłumaczyła swój dziennik na angielski. Niedawno pojawił się polski przekład, dzięki czemu historię dzielnej dziewczynki z Siedlec, mogą poznać także mieszkańcy kraju nad Wisłą, Muchawką i Helenką.

Okazuje się, że coś jeszcze można mieć do dodania. Opowiedzieć historię, która wzbudza zainteresowanie. Dziennik zaczyna się w 1914 roku, kiedy to Anna Safran-Bially była jeszcze Chaną Kahan i nie mieszkała w Ameryce, a w Siedlcach, do których docierały pierwsze informacje o wybuchu wojny. Anna miała wówczas 13 lat, choć czytając zapiski trudno oprzeć się wrażeniu, że rezolutna nastolatka jest nad wyraz dojrzała. Mimo iż dziennik pisany jest niewprawną, dziecięcą ręką, to myśli w nim przemycane cechują mądrość i rozwaga. Nie wiem czy to efekt doświadczeń wojennych, które sprawiają, że dziecko szybko traci swą wrodzoną naiwność, czy też Chana to jedna z tych bystrych dziewczynek, które szybko się uczą co w życiu ważne i potrzebne, ale jedno jest pewne – mała bohaterka swój rozum ma i niejednokrotnie z niego skorzysta.