Ostatnio Roger Moore (grający tę postać w latach 70 i 80) przyznał, że według niego Daniel Craig jest najlepszym w historii odtwórcą roli Bonda. Trudno powiedzieć, ile prawdy jest w takim stwierdzeniu, w końcu to dosyć subiektywne odczucie, ale nie sposób nie zgodzić się, że Craig stworzył jedną z najciekawszych postaci, jakże odmienną od tych znanych nam z poprzednich filmów.

Nie jest to już Bond opatrzony etykietką niepoprawnego amanta (choć kobiety nadal lgną do niego jak muchy do słodyczy), za to o wiele więcej w nim prawdziwego dżentelmena (pamiętamy jak łatwo postaci granej przez Connery’ego było zasłaniać się kobietami jak tarczą, co nowemu Jamesowi raczej by się nie zdarzyło), wreszcie o wiele więcej w nim powagi, twardego podejścia do każdej sprawy oraz brutalności w działaniu. I trzeba przyznać, że w takim wizerunku Bonda Craig odnalazł się doskonale, bardzo szybko daje się zaakceptować i nawet początkowo będąc negatywnie nastawionym, już po kilkunastu minutach wszelkie obiekcje schodzą na dalszy plan. „007″ Craiga, to postać inna niż poprzednie, niekoniecznie lepsza, ale na pewno potrzebna, ponieważ wnosi zupełnie nową świeżość i pozwala nam spojrzeć na całą serię filmów na podstawie tekstów Iana Fleminga z nieco innej strony.

Choć siłą rzeczy akcja filmu toczy się w czasach najnowszych, to fabularnie stanowi dopiero początek historii Jamesa Bonda, który właśnie otrzymuje „podwójne zero”, czyli tak zwaną licencję na zabijanie. Wykorzystuje ją nadzwyczaj często, raz po raz wysyłając przeciwników na tamten świat, co zdecydowanie nie podoba się szefowej wywiadu – M. Ale mimo że James zbiera kolejne nagany, dostaje pierwsze naprawdę trudne zadanie. Ma wziąć udział w wielkim turnieju pokerowym i pozbawić jednego z uczestników, bankiera terrorystów Le Chiffre’a (w tej roli fenomenalny Mads Mikkelsen), możliwości wygranej.

TAGI: 007, Daniel Craig, James Bond, Roger Moore.