Po ostatnim maratonie z lekką prozą obyczajowo-romansową, nabrałam ogromnej ochoty na rasowy kryminał, który zapewniłby mi porządną dawkę emocji, której w ostatnim czasie tak bardzo mi brakowało. Przypadkowo znalazłam na półce powieść Jonathana Holta, o której całkiem zapomniałam, a która już dawno temu powinna była zostać przeze mnie przeczytana. W ten sposób zagwarantowałam sobie kilka godzin pełnych zagadek, emocji i mocnych wrażeń.

No, może z tymi mocnymi wrażeniami trochę przesadziłam…

Skusiła mnie Wenecja. Bo miałam okazję przechadzać się jej wąskimi uliczkami i oddychać tym specyficznym powietrzem. Poza tym jej motyw w literaturze fascynuje mnie od dawna. W jeszcze większym stopniu niż Londyn i Barcelona. A to naprawdę wiele znaczy…

Otworzyłam pierwszą stronę powieści i przepadłam. Nie chciałam jeść, nie chciałam kłaść się spać. Nie miałam zamiaru zaprzątać swojego umysłu czymkolwiek innym. Przepadłam w świecie Carnivii, przepadłam w mrocznych zaułkach Wenecji. Zafascynowana śledziłam poczynania bohaterów, z przerażeniem odkrywając coraz bardziej prawdziwe i nieprawdopodobne zarazem fakty ze świata rzeczywistego, które z niesamowitą dosadnością przedstawił w swej nie-tak-całkiem-fikcyjnej opowieści Jonathan Holt.

Tagi: Jonathan Holt, recenzja, Carnivia. Bluźnierstwo, kryminał.