„Broadchurch” to z pozoru serial o śledztwie. W małym miasteczku na wybrzeżu dochodzi do morderstwa. Ofiarą jest kilkunastoletni chłopiec – Danny, co jeszcze bardziej wstrząsa spokojną do tej pory społecznością.

Śledztwem zajmuje się Alec Hardy (David Tennant), obcy, niezanurzony w małomiasteczkowej rzeczywistości. Do pomocy dostaje miejscową panią detektyw Ellie Miller (Olivia Colman), której sprzątnął posadę spod nosa, jednocześnie stając się jej szefem. Tak zaczyna się „Broadchurch”. Typowy serial kryminalny. Jest zbrodnia – jest śledztwo. Nic bardziej mylnego. Śledztwo owszem, jest głównym tematem fabularnym serialu, ale w tle czai się coś równie ciekawego. „Broadchurch” to paleta różnorakich postaci i wątków zmieszanych w jednym serialu, połączonych w 8 odcinków, każdy z nich trzyma nas w napięciu, każdy z nich potęguje w nas ciekawość – kto okaże się mordercą. I nawet jeśli ktoś wpadnie na właściwy trop, to co twórcy zaserwują w odcinku finałowym to prawdziwy rollercoaster uczuciowy.

„Broadchurch” to serial o rodzinie, która po stracie stara się wrócić do normalności. Ale o jakiej normalności może być mowa, kiedy ktoś odbiera ci dziecko, brata, wnuczka, pozostaje tylko pustka. Pusty pokój, zasłane łóżko, deskorolka. Pustka, którą usilnie próbuje się zapełnić, żeby przetrwać. Jak wrócić do normalności, kiedy nie wiesz, kto i dlaczego postanowił odebrać ci syna. Każda taka historia zasługuje na zamknięcie. Każdy rodzic zasługuje na wyjaśnienie. Każdy detektyw zasługuje na złapanie tego, kogo ściga. Najgorsze, kiedy tym kimś okazuje się osoba, po której byśmy się tego nie spodziewali. Ale czym byłby dobry serial kryminalny bez elementu zaskoczenia… Zaskoczeniem dla niektórych nie będzie to, kto zabił (tak, są wśród nas wyszkoleni podczas seansów wielu seriali detektywi, którzy oczywiście szybko wpadną na trop mordercy), ale sam motyw. Mnie przeszły ciarki po plecach.