Masz ci los! Jeszcze niedawno zachwycałem się trylogią z Julie Delpy i Ethanem Hawke, a tu coś takiego. Zasadniczy problem jaki pojawia się przy próbie oceny najnowszego (czy to dobre słowo?) filmu Richarda Linklatera to szacunek do pracy jaką musiał włożyć w zrealizowanie tego projektu. „Boyhood” kręcony przez dwanaście lat wzbudza respekt samą koncepcją, tym samym zmusza nas, widzów, do uznania go za coś dobrego, nawet jeśli gdzieś w środku czujemy, że wcale nie zwala nas z nóg. Pamiętam tę niewymuszoną lekkość Przed wschodem słońca.

Od pierwszego wejrzenia zakochałem się i w filmie i w bohaterkach, mimo że tryskali energią, której zupełnie nie podzielam. Z „Boyhoodem” mam jednak problem. Linklater starał się bowiem zrobić film tak uniwersalny, że sam nie wiem do kogo miałby on trafić. Nie odnalazłem na ekranie własnego życia, nie odnalazłem życia nikogo kogo znam. Może to ja jestem niestandardowo doświadczonym życiowo człowiekiem, ale przedstawiony na ekranie obraz dojrzewania nijak ma się do tego jak go widzę. To wszystko jest zbyt proste.

Może właśnie o to chodziło. Może tak. Może reżyser chciał pokazać jak bezsensowne jest życie, jak ludzie rodzą się, rosną, dojrzewają, a potem wylatują z gniazda, by sami rodzić. I tak w kółko. Sam pomysł kręcenia filmu dwanaście lat, obrazując tym samym zmiany zachodzące w wyglądzie bohaterów, ale także w ich zachowaniu, jest pomysłem dobrym. Ten pomysł. Inna sprawa, że przez te trzy godziny jesteśmy świadkami zdarzeń zupełnie nieistotnych. Wiem, że nie ma co przeginać, życie nie wygląda jak „Moda na sukces”, ale zbytnie wygładzenie rzeczywistości też mu nie służy. Okazuje się więc, że człowiek od ósmego do osiemnastego roku życia niemalże nie istnieje. Taki wniosek nasuwa mi się na myśl kiedy obserwuję życie Masona.

Tagi: Boyhood, film, recenzja, Richard Linklater.