Gdy zabrałam się za stopniowe nadrabianie zaległości w polskiej literaturze kryminalnej, na mojej liście pojawiło się nazwisko Katarzyny Bondy. Autorka zaintrygowała mnie nie tylko tematem swojej twórczości, ale także życiorysem.

Ukończyła dziennikarstwo i nauki społeczne na Uniwersytecie Warszawskim oraz scenariopisarstwo na łódzkiej filmówce. Zanim zaczęła wymyślać fabuły była dziennikarką. Współpracowała z najlepszymi pismami w Polsce. Gdy jej przygoda z mediami dobiegła końca, postanowiła… nauczyć się pisać, opowiadać historie. Nie wierzy bowiem w muzę, natchnienie i inne nadprzyrodzone moce twórcze. By dobrze pisać, należy mieć dobre przygotowanie warsztatowe. Wiedzą dzieli się więc teraz z uczestnikami stworzonej przez siebie, pierwszej w Polsce szkoły kreatywnego pisania (maszynadopisania.pl). Swoje historie opiera o prawdziwe zdarzenia, a dziennikarskie doświadczenie i ogromne przywiązywanie wagi do szczegółowego researchu sprawiają, że w jej książkach nie ma miejsca na nieścisłości i przekłamania.

Zadebiutowała w 2007 roku. To ona wprowadziła do polskiej literatury postać profilera, Huberta Meyera, którego pierwowzorem był najlepszy z najlepszych Polaków w tej dziedzinie – Bogdan Lach. Debiutancka Sprawa Niny Frank została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru.

Katarzyna Bonda – pewna siebie, ale nie zarozumiała. Zna swoją wartość, uwielbia wyzwania, wszystko, za co się bierze, stara się doprowadzić do perfekcji. Dla swoich czytelników zawsze znajdzie czas i dobre słowo. Uśmiechnięta, z dużym poczuciem humoru, o swojej pracy opowiada z ogromnym zaangażowaniem. Warto się wybrać na jej spotkanie autorskie. Coś o tym wiem. Byłam na dwóch.

Właśnie pojawiła się na rynku Pani najnowsza książka – „Pochłaniacz”. Nowa powieść, nowy cykl, nowa bohaterka, ale podobnie jak w debiutanckiej Sprawie Niny Frank („Dziewiąta runa”) także i tu pojawia się motyw profilowania, który stał się w pewnym sensie znakiem rozpoznawczym Pani prozy. Skąd tak ogromne zainteresowanie tą dziedziną?

Ponieważ ta metoda idealnie pasuje do fabuły kryminału. Profiler zadaje kluczowe pytanie: „dlaczego?” i ja także – już jako nastolatka – wciąż je zadawałam. W moich kryminałach czytelnik otrzymuje odpowiedź nie tylko „kto zabił” ale też „jaka jest prawda”. Fascynuje mnie odkrywanie tajemnic, badanie umysłów ludzkich (im mroczniej tym ciekawiej – zawsze, nie ma wyjątków) ale pracować w policji bym nie mogła. Dlatego wybrałam postać Saszy jako substytut. Ona za mnie rozwiązuje te zagadki, a ponieważ to genialna metoda i jednocześnie kopalnia wiedzy, wpadłam w profilowanie jak śliwka w kompot. Dziś już nie ulega kwestii kto odkrył ten zawód dla Polaków. To byłam ja (wtedy nie wiedziałam, że odkrywam Amerykę – słowo). Miałam wtedy dwadzieścia kilka lat i byłam jeszcze dziennikarką z misją. Pisałam tekst o niewyjaśnionych zbrodniach i trafiłam do Rawicza, gdzie całemu miasteczku chcieli zrobić testy DNA. W sklepie spożywczym zasztyletowano młodą dziewczynę i nie mogli wykryć sprawcy. Napisałam tekst i po jakimś czasie znalazłam notkę, że znaleziono zabójcę, który okazał się seryjnym mordercą. Zadzwoniłam do komendanta i zapytałam, jak go znaleźli. Usłyszałam, że przyjechał – cytuję: „koleś w czarnym płaszczu”, wziął akta na noc, a rano jak komendant przeczytał, to wiedział, o kogo chodzi. I on się przyznał nie tylko do tej sprawy. Komendant nie znał nawet słowa profiler, mówił „jakiś prowajder”. To było w 2004 roku. Dziś już każdy wie, kto to jest. Poprosiłam pana komendanta, żeby dał mi telefon do tego „prowajdera”, bo nie mogłam uwierzyć, że jest w Polsce ktoś, kto naprawdę zajmuje się profilowaniem. Kiedy pojechałam na wywiad miałam szczątkową wiedzę z filmów i z anglojęzycznej literatury. Wiele osób w Polsce do tej pory nie wierzy w skuteczność profilowania. Kiedy wyszła moja książka o profilowaniu była cała masa głosów, że to nie jest dziedzina naukowa tylko wróżenie z fusów i jasnowidztwo. Ja odpieram te ataki, im głębiej wchodziłam w tę dziedzinę, tym bardziej widziałam, jak to jest bardzo analityczne. Wszystkie elementy musza się złożyć jak puzzle.

Profiler nie wróży z fusów. Ma natomiast do wykonania kawał ciężkiej pracy umysłowej. Na czym ta praca polega? Jakie predyspozycje trzeba mieć, by myśleć o wykonywaniu takiego zawodu?

Profiler używa psychologii, ale musi mieć wiedzę z wielu dziedzin, z kryminologii, wiktymologii, prawa, musi wiedzieć, jak rozmawiać z patologiem. Na przykład nie zdajemy sobie sprawy, że trakcje mostów albo linii elektrycznych bardzo wpływają na postrzeganie przestrzeni. Jeśli sprawca chce ukryć zwłoki, to trudniej jest mu przekroczyć Wisłę. Mieszka po jednej stronie, to ukryje je po drugiej, bo będzie czuł się bezpieczniej, bo to nie jest jego teren. Była taka sprawa z babcią, która usypiała staruszki benzodiazepinami. Długo nie mogli jej znaleźć, dopiero kiedy profiler wszedł do sprawy to określił jej wiek, płeć i to, że ona dojeżdża do Warszawy kolejką. Określił jej strefę buforową (bezpieczną, gdzie mieszka) i strefę działania. Profil jest długą ekspertyzą na kilka stron, w której policjanci dostają pigułę psychologiczną i wiedzę wiktymologiczną o ofierze plus najważniejsze czyli cechy osobowości sprawcy. W jakim jest wieku, gdzie może mieszkać, jakiej jest płci, orientacji seksualnej, jaką pracę wykonuje. By być tego typu ekspertem trzeba mieć ogromną wiedzę ale też tzw. dar – i mówią o tym uznani eksperci także z zagranicy. Intuicja odgrywa wielką rolę. Potrzebny jest policyjny nos i dobra znajomość psychiki ludzkiej. Kobiety w tej branży są najlepsze, choć najtrudniej im się w tym zawodzie utrzymać ze względu na ciężką materię, w jakiej psychologom policyjnym przychodzi pracować.

To Pani przyczyniła się do swego rodzaju promocji tego zawodu, wprowadziła do literatury polskiej postać profilera. Lubi Pani przecierać szlaki? Być pierwsza? Czy w pewnym momencie, po skończeniu cyklu o Saszy Załuskiej, planuje Pani powiedzieć „dość” i zaskoczyć czytelnika zupełnie inną tematyką?

Tak, lubię być pierwsza i niepowtarzalna. Lubię przecierać szlak, wciąż podwyższać sobie poprzeczkę. Szczycę się tym, że nie da się mnie zaszufladkować, że nigdy nie będziecie wiedzieli czego się po mnie spodziewać, kiedy wychodzi moja nowa książka. Wolę zaryzykować i przegrać, bo np. nie zostanę jeszcze zrozumiana (tak było z profilowaniem, ale i ze szkołą pisania oraz książką o prawdziwych zabójczyniach) niż działać rutynowo. Nigdy nie będę tworzyła „hamburgerów” czyli identycznych produktów literackich. To moja dewiza i jest to jedyna rzecz, której bardzo pilnuję. Wiem o pisaniu bardzo dużo, długo się uczyłam opowiadać od najlepszych nauczycieli światowej klasy. Efekt jest widoczny już teraz.

Tagi: Katarzyna Bonda, kryminał, pisarka, dziennikarka, wywiad.