„Ty… ty jesteś takim bluszczem. Ale nie takim, który płoży się po ziemi, tylko takim, który wspina się po podporach. Owija się wokół nich i przybiera ich kształt, tracąc własny. Bez podpory w zasadzie nie potrafi istnieć (…). Straciłaś autonomię, własny kształt. Nie umiesz już żyć samodzielnie, swoim życiem. Przez tyle lat tak byłaś uwieszona na ramieniu męża, że kiedy zniknął, tobie zaczęło się wydawać, że ciebie też już nie ma. Jak bluszcz, spod którego usunięto podporę. Teraz wydaje ci się, że jedynym ratunkiem, żeby nadal istnieć, jest znalezienie nowego oparcia.”

Magda nie przebiera w słowach. To, co mówi, godzi jej siostrę boleśnie, ale jak inaczej uświadomić Annie, że czas najwyższy wziąć się w garść, otrząsnąć ze złych wspomnień i zacząć żyć na własny rachunek? Odejście męża mocno wstrząsnęło Anną. Nie jest jej łatwo budować wszystko od nowa. Staram się… Próbuję i naprawdę się nie da. Nic tu nie pasuje! Popatrz tylko na te puste miejsca… W szafach, wszędzie. Co się robi z szafką nocną nie do pary? Co się robi z drugą połową małżeńskiego łoża?[2]. Kobieta wydaje się taka zagubiona, bezradna, z trudem odnajduje się w nowej rzeczywistości. Gdy Magda odlatuje do Stanów, gdzie jej córka spodziewa się dziecka, Anna, z dwójką własnych pociech, nastoletnią Amelią i jej młodszym bratem Frankiem, ucieka z Warszawy do rodziców, do małej miejscowości na Podlasiu. Tak, Magda miała rację, jej siostra znów szuka podpory. Po głowie chodzi jej sprzedaż mieszkania i przeprowadzka do Bujan na stałe. Dzieciom oczywiście nic nie mówi, bo choć Franek świetnie się bawi z chłopcem z sąsiedztwa, a Mela poznaje nowe koleżanki, to żadne z nich nie bierze pod uwagę tego, że po wakacjach mogłoby nie wrócić do Warszawy, dawnych znajomych i miejsc.

Mało jest w literaturze kobiecej motywów równie oklepanych, jak ucieczka mieszczanki na prowincję, gdzie bliskość przyrody, domowych konfitur i życie w zupełnie innym rytmie, koją złamane serce, zabijają depresję, zmieniają światopogląd, są lekarstwem na brak pracy, samotność oraz wszelkie inne bóle i deficyty. Czego nie dokona zdrowe, wiejskie powietrze, to podreperują ludzka dobroć, sąsiedzka pomoc, wspólne zaangażowanie, długie rozmowy przy gorącej herbacie i domowej szarlotce, czyli wszystko to, czego próżno szukać w anonimowych blokowiskach, w tym wielkomiejskim życiu najeżonym datami ważnych spotkań, naznaczonym pospiechem, nieuwagą, chronicznym brakiem czasu. A jednak Renata Kosin choć w swej powieści Bluszcz prowincjonalny sięga po motyw wykorzystywany tak często, że niedługo pewnie ciężko będzie znaleźć pozbawioną go powieść kobiecą, wybrnęła z tej niekorzystnej sytuacji całkiem nieźle. Jej powieść zawiera w sobie kilka schematów, ale giną one w gąszczu innych zdarzeń. A dzieje się Bujanach sporo.

Bluszcz prowincjonalny okazał się powieścią życiową, pozbawioną lukru, wydumanych problemów, naciąganych wątków. Anna Radecka nie zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wiele czasu musi minąć, nim znajdzie w sobie siłę do stawienia czoła rzeczywistości, podjęcia niełatwych decyzji. Po drodze nie raz będzie musiała znaleźć w sobie dość energii, by pomóc innym, a przy okazji – nie do końca świadomie – także sobie.

Tagi: kobieca literatura, Podlasie, prowincja, trudne tematy, „Bluszcz prowincjonalny”.