Nie jestem wielkim entuzjastą Woody’ego Allena. Prawdę mówiąc jego filmy uważam za przyjemne, niezobowiązujące historie, których nigdy nie nazwałbym genialnymi czy wielkimi dziełami. Z szacunkiem podchodzę do jego pracy jednak nie ukrywam, że to nie moja bajka – ot, obejrzeć bez wypieków na twarzy, zachwycić się jego możliwościami – chce z nim pracować niemal każdy aktor, montażysta, dźwiękowiec, no i co najważniejsze – kraj.

Z przykrością przyglądałem się jego ostatnim produkcjom – męczącemu „O północy w Paryżu” i zupełnie wypranym z emocji „Zakochanym w Rzymie”, które były tylko i wyłącznie pięknymi widokami, wizytówką europejskich stolic, które wychodząc na pierwszy plan rzucały cień na niedoskonałą fabułę. Ucieszyłem się więc z powrotu reżysera do Ameryki, gdzie nie robi nikomu reklamy, a skupia się na przedstawianej opowieści. Z Nowego Jorku do San Francisco, w dodatku w towarzystwie Cate Blanchett – nie liczyłem na nic wielkiego, ale czułem, że po niezbyt udanych kilku latach znów stworzył coś ciekawego.

Jasmine, zblazowana Nowojorczanka jest idealnym przykładem osoby nowobogackiej. Przyzwyczajona do wszechobecnego splendoru, szampana o poranku, kawioru przy zachodzie słońca i brylantom zdobiącym jej uszy podczas wystawnych przyjęć, nie potrafi odnaleźć się w zwyczajnym, pozornie szarym świecie. Po utracie fortuny, zawstydzona i zażenowana ucieka z Nowego Jorku, by schronić się u boku dużo biedniejszej siostry – Ginger, w San Francisco. Jest spłukana, rozdrażniona, potrzebuje pieniędzy, pracy, a najlepiej pieniędzy pracującego mężczyzny. Stara się przywyknąć do zwyczajnego życia, gdzie ludzie zarabiają pieniądze robiąc coś, a nie leżąc i pachnąc, jednocześnie nie ustaje w poszukiwaniach tego jedynego – oczytanego, przystojnego i bogatego.