Fascynacja Salvadorem Dali sprawiła, że połykałem w całości wszystkie jego twory. W ten sposób, całkowitym przypadkiem, co więcej – nieświadomie – poznałem Buñuela. Pies Andaluzyjski Daliego był czymś niezwykłym, czymś zupełnie niepodobnym do innych filmów, czymś do czego wracałem wiele razy. Nie interesowały mnie wówczas pozostałe osoby zaangażowane w produkcję – ważny był Dali.

Stosunkowo niedawno dowiedziałem się, że reżyser Belle de jour jest głównym twórcą mojej młodzieńczej obsesji. Przez czterdzieści lat wiele się zmieniło – bogaty w doświadczenie, ze sporym dorobkiem artystycznym stworzył film, którego nie potrafię porównać z żadnym innym – coś, co czaruje pięknem i delikatnością, poruszając najbardziej sprośne czy ordynarne tematy. Do niego – tak jak do Psa – będę wracał jeszcze wiele razy.

Fabularnie historia nie jest skomplikowana – piękna Séverine żyje na wysokim poziomie, wszystkiego ma pod dostatkiem i na pierwszy rzut oka niczego jej nie brak. Jednak nie takiego życia pragnie – to wszystko ją nudzi, sprawia, że nie ma ochoty żyć. Nawet mąż – mimo ogromnej miłości, jaką go darzy – wzbudza jej niechęć. Jest taki nudny, tak beznadziejnie przewidywalny. Dlatego przy każdej  nadarzającej okazji ucieka w świat marzeń, świat, w którym wszystko jest porywające, gdzie króluje namiętność, pasja i… przemoc. Séverine śni o mężu, który ją wykorzysta, który zmusi ją do tego, czego (pozornie) nie chce.

Ma modne ubrania, zadbane włosy, piękne mieszkanie i precyzyjnie wypolerowaną zastawę – tym, czego potrzeba jej do pełni szczęścia, jest upokorzenie. Dochodzi do momentu, kiedy fantazje przestają wystarczać – wybiera się na Cite Jean de Saumur 11, do domu Madame Anais, gdzie może spełnić swoje skryte pragnienia. Ryzykując wiele, postanawia wieść podwójne życie – przykładnej żony oraz Belle de jour – prostytutki pracującej popołudniami.