Wiemy, że ciężko ostatnio z gatunkiem jakim jest horror – nikogo to nie zaskakuje. Jego specyfika zmusza do ciągłych powielań schematów, trudno jest wpaść na coś innowacyjnego, nieprzekombinowanego jednocześnie. Do tego, masy zadowalają durne historie, więc twórcy, węsząc zyski bez nadmiernego wysiłku, nie starają się zaspakajać apetytu widzów chcących więcej.

Raz na jakiś czas zdarzy się, że reżyser zaskoczy wszystkich swoją rzetelnością i przygotuje kawał dobrego kina grozy. Skłania się wtedy ku klasyce, czerpiąc z niej garściami, potwierdza swoje umiejętności, lub w drugą stronę – miesza gatunki, stara się wyjść poza wyznaczone ramy. Jennifer Kent próbuje zrobić obie te rzeczy naraz. Niestety widać, że to dopiero początek jej filmowej drogi – choć trzeba przyznać, że jako start wypada całkiem zgrabnie. Wszystko wskazuje na to, że wie dokładnie co chce osiągnąć, kiedy niespodziewanie zbacza z obranej ścieżki. Krąży, dając nam do zrozumienia jak dobrze może być, a jak wcale nie będzie – ot, kusicielka Jennifer. Ale w tym przypadku kuszenie nie jest najlepszym wyjściem.

Głównymi bohaterami filmu Kent są matka i syn. Mieszkają sami w sporym, ponurym domu, każdego wieczoru Amelia czyta małemu Samuelowi książkę, układa go do snu, choć sami długimi godzinami zmaga się z bezsennością. Pewnego dnia w ich domu pojawia się przerażająca książka – opowieść o Babadooku, potworze czyhającym w ciemnych zakamarkach domu, rządnym mordu i krwi. Od tej pory rodzina zmaga się z wyczerpującym koszmarem.

Bardzo fajnie sobie Pani Reżyser wymyśliła, że konwencja horroru jest sposobem na opowiedzenie historii dużo bardziej dramatycznej. Od samego początku możemy przypuszczać, że Babadook nie jest jedynie potworem z upiornej bajki.

Tagi: The Babadook, fil, recenzja, horror, bajka, potwór, choroba.