W 2007 r. na łamach „Życia Warszawy” jeden z jej dziennikarzy, Artur Górski, rozpoczął pisanie kryminału podzielonego na wydawane odcinki. Gazetowa seria pod atrakcyjnym tytułem „Al Capone w Warszawie” przyjęła się bardzo ciepło i po sporym odzewie ze strony czytelników postanowiono wydać całość w jednej książce. Drukarnia najpierw rozesłała po punktach kolportażu gazet kilka tysięcy kopii tylko w samej  Warszawie, rozeszły się one bardzo szybko. Wtedy też postanowiono dodrukować kolejne wydania i puścić w kraj. Tutaj także nie było różnicy i książka również poza stolicą sprzedawała się bardzo dobrze. Moją kopię udało się upolować w jednym z radomskich antykwariatów.

Akcja książki toczy się w przedwojennej Warszawie, o ile dobrze pamiętam w 1938 roku tuż przed rozpoczęciem II wojny światowej. To były ostatnie lata, kiedy Warszawa pod względem splendoru mogła konkurować z takimi miastami jak Paryż czy Nowy Jork. Tak, dokładnie. Ta stara, przedwojenna Warszawa wcale nie odstępowała spędem czy przepychem zachodnim metropoliom. To właśnie tu rozwiązania zagadkowej zbrodni podejmuje się para śledczych: Mieczysław Wars oraz Ludwika Sawicka. Niektórzy od razu wyłapią awersję do jednej z ludowych legend stołecznego miasta. Autorowi nawet zarzucano brak inwencji przy kreowaniu bohaterów, na co odpowiadał otwarcie, że książka miała być promocją dla jego rodzinnej metropolii, z czym wcale się nie krył.

Wracając do głównych bohaterów to stanowią one swoiste przeciwieństwa. Komisarz Wars to starszy mężczyzna, który swoje przeżył i swoje widział. Jest dość staromodny i stonowany, co akurat świetnie kontrastuje z przebojową, młodą i czerpiącą z życia pełnymi garściami podkomisarz Sawicką. Kiedy jedno z nich wieczory spędza przy książce lub doglądając i pielęgnując balkon, drugie właśnie „przebimbuje” lwią część swojej wypłaty na alkohol i papierosy w najsławniejszych klubach stolicy. Bohaterowie na kształt typowej komedii przedwojennej bardzo dużo czasu spędzają na dogryzaniu sobie i wytykaniu każdego, nawet najmniejszego błędu. Patrząc z boku można sądzić, że Ci dwoje się nienawidzą, ale prawda bywa czasami zupełnie inna.