Produkcja Rinscha jest historią, która wydarzyła się kilkaset lat temu w Japonii. W 1702 roku „47 roninów” dokonało zemsty na sprawcy śmierci swojego pana. Za swój czyn zostali skazani na popełnienie seppuku. Wydarzenie to zostało spopularyzowane przez tamtejszą kulturę, tworząc swojego rodzaju mit narodowy. Twórcy postanowili wrzucić na warsztat tę popularną w kraju kwitnącej wiśni opowieść i przedstawić ją nie tyle na historycznym co baśniowym tle i jak przystało na Amerykanów w wyniosły oraz pełen patosu sposób.

I tak w najnowszej odsłonie przygód 47 japońskich bohaterów nie mogło zabraknąć mitycznych postaci, z którymi musi się zmierzyć wojownik, który najpierw jest poniżany, a później wyniesiony na piedestał. Oczywiście nie byłaby to iście hollywoodzka produkcja jeżeli ten wojownik nie byłby biały – syn angielskiego marynarza i japońskiej wieśniaczki, ukazany jako pełen heroizmu, odwagi poświęcenia bohater. To, co amerykanie lubią najbardziej. Jednak czy to się udało? Chyba nie, bo nawet w Ameryce produkcja ta nie zrobiła większego wrażenia.

Rinsch w swojej wizji Japońskiej historii przedstawia odwieczną walkę dobra ze złem. Twórcy nie wysilili się zbytnio, aby ubarwić tę opowieść, skomplikować trochę bohaterów, ukazać ich wewnętrzną walkę, rozdarcie po między posłuszeństwem, a obowiązkiem. Nawet Kai, wychowany przez demony porzuca je i otwarcie i przynajmniej bez widocznego oporu przeciwstawia się ich naukom. Razić może także jeden wielki misz-masz gatunków. Mamy tu kino przygodowe, fantasy, romans, kino akcji i dramat. Niestety wszystkie te wątki łączą się na siłę. Cały film sklejony ze zlepków różnych ujęć, które w całość łączy głos narratora. W rezultacie mimo kilku efektownych choreografii walk i przepięknych scenografii, film jest nużący i już po połowie zaczyna męczyć.

Tagi: 47 ronin, film, japonia, seppuku.