Po kilkunastu godzinach spędzonych w Norwegii, polecieliśmy do celu naszej podróży. Na Kretę. Początkowo baliśmy się, że podróż będzie trwała 5 godzin, ale całkowicie zapomnieliśmy o zmianie strefy czasowej. Podróż była najwygodniejszą jak do tej pory, bo samolot był w połowie pusty. Dzięki temu porozciągaliśmy się na pustych siedzeniach i zbieraliśmy siły na przesiadkę.

ciasteczkatynki.blogspot.com

Wysiedliśmy w całkowicie obcym dla nas miejscu a do dyspozycji mieliśmy tylko mapę ściągniętą na telefon (tak. to jest zaleta wyjazdów z biurem podróży – spod lotniska zabiera Cię autokar i podwozi prosto pod hotel. Zaraz. To zaleta? A gdzie przygoda!) Okazało się, że znalezienie autobusu do centrum miasta nie jest takie ciężkie. Dość szybko odszukaliśmy tam też kolejny, w który mieliśmy się przesiąść. Cieszyliśmy się trochę zbyt prędko, bo autobus zaczął odjeżdżać bez nas, za to z naszymi walizkami! Zrobiliśmy trochę rabanu, po czym wybuchł jeszcze większy raban po grecku *poker face* i po kilku minutach jechaliśmy już w stronę Georgioupolis!

ciasteczkatynki.blogspot.com

ciasteczkatynki.blogspot.com

ciasteczkatynki.blogspot.com

Tagi: Kreta, podróż, wakacje, Grecja, Norwegia.